Bez nawigacji nie ruszaj…

Dzisiaj chcieliśmy trochę miejsca poświęcić nawigacji, która prowadziła nas przez całą wyprawę. Tak się złożyło, że otrzymaliśmy ją od firmy GOCLEVER, o czym pisaliśmy już tutaj.

GOCLEVER

Czy to dobra nawigacja? Zdecydowanie tak. Do tej pory byliśmy raczej okazjonalnymi użytkownikami nawigacji, ale teraz już wiemy, jak przydatne jest to urządzenie. Można wgrać sobie swoje ulubiony punkty z Internetu lub sprawdzić wcześniej i zapisać ulubione adresy (mieliśmy tak zapisane kilka punktów na trasie). Przydatna jest również funkcja wskazywania parkingów czy miejsc wartych zobaczenia. Pod tym względem GOCLEVER nigdy nas nie zawiodła.

Bez nawigacji wyjazd z takich miast jak Paryż czy Barcelona byłby drogą przez mękę. Czy kiedyś się myli? Tak, nawet najlepszym się zdarza. Z jednym wydarzeniem związana jest historia, której nie opisywaliśmy. Zostaliśmy pogonieni przez pana, któremu wjechaliśmy na posesję, bo nawigacja wskazywała tamtędy drogę. To jednak jednostkowy przypadek.

Do jednej z ciekawszych funkcji nawigacji GOCLEVER należy TMC (Traffic Message Channel), którego skuteczności zagranicą udało nam się dowieść. Czy to była Lozanna, Barcelona czy Berlin nawigacja pokazywały i automatycznie kierowała do miejsc, gdzie nie ma utrudnień na drogach. To dobre dla kogoś, kto szanuje swój czas.

Co ciekawe nawigacja przydawały się też czasem na postojach. Wtedy to Ania brała naszą dotykową zabawkę w swoje dłonie i traciła czas na zainstalowanych gierkach. Nie korzystając nawet z wszystkich funkcjonalności, jakie oferuje GOCLEVER możemy szczerze ich polecić. Naprawdę. Kilka razy uratowała nam skórę, dokładnie prowadząc na kemping czy wyprowadzając z miasta.

Dzień dwudziesty czwarty, piąty, szósty – Międzyzdroje, Świnoujście, Świebodzin, Andrychów

Tak, to już jest koniec. Ostatnie dni wakacji upłynęły nam szybko, ale w przyjemnej atmosferze i w dobrej ekipie. Czas jednak nie robi wyjątków i trzeba było się zbierać. Poniżej tylko kilka zdjęć, bo już nikt nie miał głowy do uwieczniania naszych morskich wojaży. Drugiego dnia byliśmy w Świnoujściu, w drodze powrotnej widzieliśmy Jezusa ze Świebodzina. Do Andrychowa wróciliśmy po cichu, pod osłoną nocy. Co było dalej to już pewnie wiecie. Polska też ma swój urok, ale jednak ładniej było w innych europejskich krajach. Podsumowanie gdzieś tutaj pewnie jeszcze się pojawi, tymczasem dzięki za wsparcie, za czytanie, oglądanie i kibicowanie. Do następnego!

[nggallery id=26]

Dzień dwudziesty trzeci – Berlin, Międzyzdroje

Jarek z Andrychow.pl napisał o naszych fotoreportażach, więc czujemy się zobowiązani je dokończyć. Ostatnim zagranicznym miastem, które zwiedziliśmy był Berlin. Nie zobaczyliśmy wiele, bo nie byliśmy długo, ale udało nam się zjeść oryginalnego berlińskiego kebaba przy dworcu. Berlin jest nawet ładnym miastem, ale jednocześnie leży na tyle blisko, że można tam wyskoczyć w dowolny wolny weekend naszego życia.

Już wcześniej podjęliśmy decyzje o tym, że jedziemy nad Bałtyk (chociaż na naszej trasie miało go nie być). Pogoda dopisywała, Krzysiek obiecał załatwić nam spanie, a mieliśmy przecież jeszcze sporo wolnego. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Z pomocą Krzyśka (dzięki!) znaleźliśmy nocleg w jednym z domków w Międzyzdrojach. Jeszcze tego samego dnia rozpaliliśmy grilla w polskim stylu. Mogliśmy poczuć się jak w domu.

[nggallery id=25]

Dzień dwudziesty drugi – Wolfsburg

Tudzież przez niektórych miejscowych zwany Golfsburgiem. Stolica Volkswagena. Miejsce kultu fanów tej marki. Zanim jednak dojechaliśmy do tego specyficznego miejsca, czekała nas długa podróż. Tego dnia zrobiliśmy ok. 600 kilometrów po niemieckich autostradach. Wtedy też nagraliśmy nasz filmik z wyprzedzaniem supersamochodów (dla przypomnienia pod zdjęciami materiał wideo).

Muzeum VW możemy śmiało polecić każdemu, nie tylko fanom tej marki. Wejście nie jest drogie, do tego każdy dostaje przypinkę z logiem. Muzeum składa się tylko z jednej sali, ale jest bogato wyposażona. Zdjęcia poniżej to tylko niewielki zbiór tego, co można zobaczyć. Wszystkie znane i mniej znane modele VW, od najstarszych wersji po futurystyczne prototypy. Samochody w wersjach służbowych, sportowych, a nawet w postaci amfibii czy pojazdu na gąsienicach. Naprawdę szeroka gama, a każdemu można się przyjrzeć z bliska.

Niestety niedostępna jest już słynna ekspozycja prezentująca rozebranego na najmniejsze części Golfa II. Jest za to kilka innych ciekawych rozwiązań, których nie zdradzimy. Zachęcamy do wybrania się do tego muzeum. W pamiątkowej księdze zobaczycie nasz wpis. Więcej będzie na filmie, który wgramy przy najbliższej sposobności.

Dzień kończyny na parkingu przy autostradzie. Darek dmucha materac i śpi obok samochodu, dzięki czemu pozostała trójka chociaż raz może się lepiej wyspać w samochodzie. Jutro podróż do Berlina i… Polski. Tak, to był nasz przedostatni dzień zagranicą.

[nggallery id=24]

Dzień dwudziesty pierwszy – Bruksela, Amsterdam

Zgodnie z zapowiedzią, po śniadaniu w holenderskim Bergen postanawiamy wrócić do Belgii – tym razem wybieramy stolicę, która powinna mieć znacznie więcej do zaoferowania od Antwerpii. Strzał okazuje się trafny. Amsterdam zostawiamy sobie na wieczór/noc. W Brukseli jemy tamtejsze gofry (przepyszne!), lody (przepyszne!) i obiad w podróbce McDonald’s (taki sobie). Trafiamy do sklepiku z samochodzikami – wśród setek modeli jest i ten najważniejszy – Stary Golf w cenie bodaj 35 euro – za dużo, by zdecydować się na kupno.

Żegnamy Belgię i powtórnie jedziemy do Holandii. Tym razem przygotowani jedziemy pierwsze zaklepać sobie miejsce na campingu. Pierwszy problemy zaczynają się już przy do tarciu do celu – główny tunel w Amsterdamie jest zamknięty, o czym przekonujemy się dopiero dojeżdżając do niego (kto zrozumiałby ich język). Na szczęście mamy nawigację, więc trafiamy do celu. Celu, który był najdroższym i najbardziej restrykcyjnym kempingiem spośród wszystkich na jakich spaliśmy. Krótkie rozeznanie i autobusem ruszamy na miasto.

Amsterdam o tej porze to głównie młodzi ludzie cieszący się wolnością, swobodą i łatwym dostępem do narkotyków. W powietrzu wszędzie unosi się zapach spalanej marihuany. Dużym zainteresowaniem cieszy się również Dzielnica Czerwonych Latarni, na którą i my chętnie zaglądamy (tylko popatrzeć ;)). I trochę szkoda, że zdecydowaliśmy się na poznawanie holenderskiej stolicy tylko nocą. W dzień pewnie ma wiele do zaoferowania. Zadowoleni wracamy nocnym autobusem na nasz kemping, z którego trzeba wyjechać przed godziną 11, inaczej musielibyśmy zapłacić kolejne 60 euro.

[nggallery id=23]

Dzień dwudziesty – Antwerpia, Bergen op Zoom

Po prawie trzech tygodniach w podróży na dobre opuszczamy Francję. Po Belgii i Holandii jeździ się bardzo przyjemnie, jednak i tam zdarzają się korki na autostradach, czego niestety doświadczyliśmy. Spośród wszystkich belgijskich miast decydujemy się na zwiedzanie niegdyś najważniejszego europejskiego miasta, a dzisiaj Europejskiej Stolicy Młodzieży, czyli Antwerpii. Trafiamy akurat na jakiś festiwal jedzenia. Przywitało nas więc mnóstwo straganów prezentujących zarówno lokalną, jak i światową kuchnie. Atrakcją jest budowa największego w Belgii tortu truskawkowego mierzącego 400 metrów(!) długości. Szkoda, że nie zostajemy na dłużej, bo pewnie po biciu rekordu następowała konsumpcja.

Jak się później okazało, nie widzieliśmy wcale w Antwerpii tego co najlepsze, ale ciężko się zwiedza bez żadnych wskazówek i przygotowania (na szczęście do Belgii jeszcze wrócimy, ale o tym w następnej relacji). Wyjeżdżamy do Bergen op Zoom w Holandii, gdzie czeka nas pierwszy od dawna „zwyczajny” nocleg. Do swojego mieszkania przygarnia nasz Łukasz i Szymon, za co serdecznie z tego miejsca raz jeszcze dziękujemy! Resztę dnia spędzamy już w Bergen, rozmawiając i planując trasę na dzień kolejny.

[nggallery id=22]

Dzień dziewiętnasty – Paryż

O Paryżu można by pisać długo i dużo. Jest największy i najbogatszy w atrakcje, ale nie będziemy się rozpisywać. Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem jest… darmowy parking. Co prawda nie podziemny i nie w samym centrum miasta, ale niedaleko katedry Notre Dame. I tam właśnie kierujemy swe pierwsze kroki. Zarówno tutaj, jak i wszędzie indziej są ogromne kolejki, które skutecznie zniechęcają do zobaczenia atrakcji z bliska. Następnie kierując się dalej wzdłuż rzeki dochodzimy do Luwru, licznych fontann, parków i Łuku Triumfalnego. Budynków wartych zobaczenia jest tutaj całe mnóstwo.

Dochodzimy wreszcie do symbolu Paryża – Wieży Eiffla. Nie wchodzimy jednak nawet na pierwsze piętro z powodu upału, zmęczenia i kolejek. Napawamy się pięknym widokiem z dołu. Dbamy również o to, by nie zabrakło nam zimnej wody, co jakiś czas uzupełniając braki w miejskich wodociągach. Na chodzeniu po Paryżu mija nam cały dzień. Nauczeni doświadczeniem z Barcelony stolicę Francji opuszczamy dosyć wcześnie, by znaleźć kemping o przyzwoitej godzinie. Niestety – o ile wjechać do Paryża koło południa nie było jeszcze tak źle, o tyle wyjechać w godzinach wieczornych to sztuka dla wytrwałych. Rozkopany Paryż z Francuzami jeżdżącymi „jaksięchce” skutecznie uniemożliwia nam znalezienie noclegu. Wybieramy wjazd na autostradę i zatrzymanie się przy stacji benzynowej, gdzie mamy dostęp do jedzenia i sanitariatów. To wystarczy, by po męczącym dniu dać się namówić na kolejną noc w samochodzie. Niestety wciąż pada deszcz, więc nie decydujemy się na rozbicie namiotów czy nadmuchanie materacy. Pogodzeni z losem idziemy spać.

[nggallery id=21]

Polub i polecaj!
Obsługa internetowa


Sponsorzy
Patroni
Translator